Wszystko się przydaje (?)

Zapewne każdy z nas doświadczył kiedyś w swoim życiu sytuacji, w której należało się z czymś rozprawić zgodnie z zasadą Z-Z-Z, czyli Zakuć-Zdać-Zapomnieć, czy też usłyszał od kogoś: "To mi się nie przyda, więc nie będę się tego uczyć". Sama tak miałam, moi drodzy! Wydaje mi się, że jest to pewien element naszej skądinąd buntowniczej ludzkiej natury, który bywa uzasadniony, chociażby w kwestii wyboru fakultetów w liceum bądź kierunku i specjalizacji na studiach. Jeśli taka przykładowa Emilka (wybór imienia, hehe, zupełnie przypadkowy), która w liceum podejmuje decyzję, że chce studiować filologię angielską, musi zmagać się do samiutkiej matury z fizyką, chemią i biologią, wiadomą sprawą jest, że będzie sfrustrowana i zniechęcona. Ktoś powie: takie jest życie. OK, trudno, trzeba przeboleć pewne etapy i iść do przodu z podniesioną głową. Jak natomiast wygląda jednak sytuacja w znacznie węższym (a może i nie?) kontekście języka angielskiego właśnie? Oto garść przemyśleń z mojej strony, dotyczących zarówno sfery tłumaczeń, jak i kursów językowych.

Specjalizuj się wąsko, ale myśl szeroko!

Podczas studiów translatorycznych wielokrotnie zachęcano nas do "smakowania" różnych dziedzin tłumaczeniowych w celu podjęcia decyzji, w której z nich chcemy w przyszłości specjalizować, zgodnie z zasadą, że zbyt wiele srok za ogon złapać się nie da, lub, jak kto woli, nie można być dobrym we wszystkim. Z perspektywy czasu oceniam mój wybór specjalizacji za bardzo dobry i odpowiedni - tłumaczenia techniczne to zdecydowanie "my cup of tea", że się tak z angielska wyrażę. Jednocześnie z biegiem lat zaczęłam zauważać i doceniać ogromną wartość "kolekcjonowania" wiedzy dotyczącej innych dziedzin tłumaczenia. Moja cyfrowa i analogowa biblioteczka powiększa się sukcesywnie o kolejne pliki, artykuły, podręczniki i testy, z którymi zaznajamiam się z prawdziwą przyjemnością. Materiały te dotyczą nie tylko dziedzin technicznych, ale również szeroko pojętej reklamy, biznesu, sztuki, a nawet literatury, za którą (w sensie translatorycznym) nigdy nie przepadałam. Nie wpadam jednak w paranoję i nie próbuję desperacko wpompowywać w siebie wiedzy, która nie jest mi potrzebna "na gwałt", ponieważ zdaję sobie sprawę, że i tak spamiętać wszystkiego przecież nie zdołam. Umiem przyznać się przed sobą i przed innymi, że w pewnych dziedzinach nie czuję się mocna i zanim odpowiem na zadane mi pytanie dotyczące danego słówka lub jakiegokolwiek zagadnienia, muszę wpierw odświeżyć sobie pamięć i dokonać odpowiedniego "riserczu", co by nikogo, łącznie z samą sobą, nie wprowadzić w błąd. Co jednak w przypadku uczenia się języka?

Nie znasz dnia ani godziny...

... w którym jakieś dziwne słówko czy na pierwszy rzut oka nieprzydatna fraza przydadzą Ci się w komunikacji w obcym języku. To jest moje przekonanie i na nim, między innymi, opieram swoją filozofię nauczania. Oczywiście nie chcę absolutnie uprawiać tutaj czarnowidztwa i nie twierdzę, że jakaś sytuacja komunikacyjna wisi nad Tobą jak miecz Damoklesa, bo jeżeli tak mamy traktować jakiekolwiek przejawy lub okazje nawiązania kontaktu w języku angielskim, to nie dziwota, że się będziemy całe życie tego bać (odsyłam do poprzedniego artykułu pt. "Użyj tego, co masz!"). Nie, nie i jeszcze raz nie! Myślę, że w kwestii nauki języka należy potraktować powyższe wyzwanie w kategoriach kreatywności - jak twierdzi jeden z najbardziej znanych światowych językoznawców Noam Chomsky, język to zbór nieskończonej liczby zdań, a każde zdanie może zostać skonstruowane na ogrom sposobów za pomocą skończonej liczby słów oraz reguł gramatycznych. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest to potężne uproszczenie - osobom zainteresowanym gorąco polecam, aby zagłębiły się w tematykę gramatyki generatywnej, której p. Chomsky jest autorem.

Zbudujmy coś!

Co to jednak oznacza w "najprostszej" praktyce? Każdy kursant - nawet ten, który dopiero rozpoczyna przygodę z językiem angielskim - jest w stanie stworzyć zdanie, którego poszczególne elementy może zestawiać ze sobą i wymieniać niczym klocki. W krótkim czasie odkrywa także, że może stworzyć taką kombinację klocków, której nigdy wcześniej nie stworzył! Oczywiście lektor czuwa, aby kursant nie używał nieodpowiednich klocków, przez które budowane przez niego dzieło mogłaby się chwiać lub rozpaść. Może się w pewnym momencie okazać, że ten nieco "dziwniejszy" klocek (czyli pozornie niepotrzebne słówko lub mniej wygodna konstrukcja gramatyczna) pasuje w tej konkretnej budowli jak ulał! Z praktyki i doświadczenia wiem, że te nieco dziecięce porównanie naprawdę działa i staram się zachęcać nie tylko kursantów, ale i samą siebie, aby zapamiętać i zachować w notatkach możliwie wszystko, co się nam "zbudowało" podczas zajęć, aby w przyszłości móc do tego wrócić i użyć w nadarzającym się kontekście.

Podsumowując: w języku angielskim przydaje się wszystko i jednocześnie nie wszystko. Wiem, że to mało satysfakcjonująca odpowiedź, ale ujmijmy to tak: nie wszystko przyda Ci się w danym momencie, ale pamiętaj, drogi Czytelniku, że być może podczas następnych zajęć, rozmowy, wakacji itp. zaświeci Ci się lampka: "O! Wiem, kojarzę, kiedyś już ten klocek mi się napatoczył! Tylko gdzież ja go zapodziałem?...". No właśnie - jak spamiętać i zorganizować swoje klocki, aby móc sięgać po nie swobodnie w dowolnym momencie? O tym w następnych artykułach. English Avenue życzy znakomitego dnia i sukcesów w nauce!